RSS
poniedziałek, 06 listopada 2006
Halloween

Troche moze pozno, ale oto pare fotek z imprezy z okazji Halloween. To tak, zeby bylo wiadomo o kim mowie, jak o kims mowie ;-) Pokretna logika, ale dziala - wizualizacja.

Najpierw niech beda przebierancy - Liana z nozem w piersi i Selma w tradycyjnym? nie, chyba nie ;-) (jest z Sao Tome) makijazu:

  

Pieter (nie, nie zrobilam bledu piszac jego imie, to jedno z jego dziwactw ;-)) jako dawca mozgu:

Teraz pare osob po cywilnemu: moja ukochana Ruth oraz Kellon, ktory przyjechal nas odwiedzic, Mariama z moja niegrzeczna, ale niesamowita Sharima (nigdy nie spotkalam osoby, ktora bylaby tak prawdziwa i wierna sobie we wszystkim co robi, nie stara sie nikomu przypodobac, po prostu JEST, ale za to w pelni):

  

Na koniec dodam jeszcze moje piekne pazurki - cos mnie na reminiscencje muzyczne wzielo i tak jakos sie ostatnio na czarno ubieralam, wiec Mandy kupila dla mnie czarny lakier do paznokci ;-)

  

wtorek, 31 października 2006
Wiesci z frontu

Dlaczego z frontu? Coz, moja wspaniala klasa znajduje sie w trakcie batalii z bynajmniej nie tak wspanialym uniwerkiem...Jest wesolo...Strajki, protesty i inne takie...Zostalismy uznani oficjalnymi "trouble-maker'ami" szkolnymi - calkiem niezle jak na grupe 12 osob z ktorych w dodatku polowa to Tajwanczycy (znaczy sie: w batalii raczej udzialu nie biora)! ;-)

Inny powod - dzis kontynuacja pojedynku Barca-Chelsea. A my, zeby moc ogladnac mecz, znow musimy z kolei walczyc z przeciwnosciami. Oznacza to po raz kolejny wymykanie sie oknem. Tym razem zabieram ze soba Ruth i - jak zwykle - udajemy sie o 3 w nocy do Soa. Lepiej, zeby gra warta byla wyskakiwania oknem i przeskakiwania przez brame...

Plus jakis potwor ukradl mi ubrania z pralki w akademiku!!!!!!!! Prowadze wiec prywatna krucjate... Grrrrrr!

Ale wlasciwie nie o tym chcialam pisac. Znalazlam bowiem zdjecie Wesa w rozowym podkoszulku, ktory dla niego kupilismy na urodziny. Zmusilismy go do zalozenia tego cuda - voilà!

MIP (Men in Pink) sa w tym roku rownie liczni jak w zeszlym...Tym razem jednak mam sprzymierzenca w postaci Winnie, ktora po powrocie na Tajwan nie toleruje MIP ;-) Natomiast dramatem jest fakt, ze "spike'erzy" sa - co za strata! - wymierajaca rasa!!!!! Chodzi mi oczywiscie o rodzaj fryzury, nie - nie powinno nazywac sie tego fryzura - rzezby, ktora stworzyc mozna tylko na azjatyckich wlosach...Teraz zamiast sterczacych na glowie imponujacych kolcow modne staly sie wlosy nieco dluzsze, spadajace na kark i zaslaniajace pol twarzy (to akurat w niektorych przypadkach moze pomagac...) - nie umywa sie to do "spike'ow"!

Mam jeszcze jedna fotke - dwie flagi, ale za to jakie!!! Paulinchen ;-)

(Zdjecie zrobilam w czasie meczu z druzyna z Korei, do ktorego ogladania zostalismy zmuszeni w czasie WF-u; zemscilismy sie jednak z Rio kibicujac Korei - ej, to on zaczal, na marginesie - co doprowadzilo naszego biednego Stevena, trenera znaczy sie, do placzu, gdyz zajmowalismy miejsca tuz za prezydentem szkoly.)

czwartek, 26 października 2006
Tanczac z aborygenami

Zostalam porawana. W nocy. Razem z Ruth. Pozniej nas rozdzielono. Nie mialysmy szans.

A teraz do rzeczy: w ten weekend odbywal sie w szkole jakis festyn sportowy. Szczegolow nie znam, ale w sobote wieczorem serce naszego kampusu, a wiec nieszczesne boisko do pilki noznej (wciez nie porzucilam planu wykopania na nim dziury - juz nawet znalazlam mala lopatke za 30 NT), zostalo opananowane przez aborygenow tajwanskich z roznych plemion, poprzebieranych w swoje piekne, kolorowe stroje, z dziwnymi nakryciami glowy, krociotkimi spodniczkami, getrami... Troszke przypominali Indian poludniowoamerykanskich. Czesc byla bardzo mloda, ale nam najbardziej podobali sie seniorzy, ktorzy wygladali mniej wiecej na 80 lat! :-) Byli przeslodcy, kochani, tacy pomarszczeni, ale piekni! Zaczeli tanczyc w korowodach i koleczkach do wtoru spiewu mezczyzny i kobiety (na zywo, oczuwiscie). Dla niewtajemniczonych - zaspiew z "Return to Innocence" Enigmy to wlasnie tradycyjna tajwanska piosenka (jesli mozna to zakwalifikowac jako takowa). Razem z Ruth podeszlysmy blizej, zeby przyjrzec sie szalenczym podskokom mlodych i lekkiemu przytupywaniu starszych aborygenow. Nie zdawalysmy sobie sprawy w jakim znalazlysmy sie niebezpieczenstwie... Nagle przyskoczyl do nas siwiutenki, starszawy Tajwanczyk, ktory sila zaciagnal nas do tanecznego korowodu...Nastepnie rozdzielono nas, kazano podskakiwac, biegac, przytupywac i ogolnie rzecz biorac robic dziwne rzeczy. Bylo kapitalnie! Ci ludzie zupelnie nie przypominaja Chinczykow - sa tacy spontaniczni, radosni! Kiedy sie juz rozkrecili, nie mogli skonczyc tanczyc...Starsi wolniutko suneli naprzod przytupujac, a mlodzi na koncu po prostu szaleli skaczac w gore, na boki, przyklekajac, itp. :-)

Cala zabawe zakonczyl pokaz ogni sztucznych...Ha - albo (tak z aborygenska, nauczyl mnie tego pochodzacy z jednego z plemion znajomy z druzyny) ajaja! ;-)

wtorek, 17 października 2006
Carlos, Carlitos, obrigado, obrigado, obrigado!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Obrigado, obrigado, obrigado!!!

     

Piekna, nieprawdaz? Carlos juz dawno temu wspomnial, ze przywiozl cos dla mnie z Brazylii, ale spodziewalam sie jakiejs muszelki czy innego drobiazgu... Kiedy dzis otworzylam prezent to zaczelam wrzeszczec jak opetana! Nawet gdyby myslal przez rok, nie wymyslilby lepszego prezentu!!! Ajaj! :-D

A tak w ogole, to dzisiejszy dzien jest bardzo dziwny... Pelen rozbieznosci. Z jednej strony w tutejszej tv pokaza mecz MU, a potem Celticu - czy dla Polki (powiedzmy, ze jest we mnie jeszcze troche patriotyzmu) mogliby wybrac lepsze spotkania? Juz sie cieszylam niesamowicie, Weiwei stwierdzila, ze ayi nie bedzie dzis w akademiku, wiec wlaczy dla mnie telewizor (normalnie w czasie tygodnia w naszym wiezieniu wylaczaja go o 23) i wszystko bylo perfekcyjnie zaplanowane. Az tu sie okazalo (po 23, a jakze, tak zebym nie mogla wyjsc z akademika), ze ayi jednak wrocila i ta...wspaniala osoba...nie zgodzila sie na wlaczenie telewizora!!! Na szczescie jest jeszcze Soa! Choc troche mi glupio, bo przeze mnie nie bedzie mogl spac, ale co tam...raz sie zyje. Na moje placze i narzekania odpowiedzial oczywiscie zaproszeniem do siebie. Czekam na razie tylko zeby inni poszli spac - musze wymknac sie moim magicznym oknem. Na jutro (Chelsea-Barcelona) Henry ma znalezc jakies lokum. Normalnie z Soa nie byloby problemu, ale w tym roku jest tu jego dziewczyna, wiec nie mozna juz non stop u niego przesiadywac.

Ok, chyba czas skorzystac z okienka...

PS Sport to zdrowie - siniak po wczorajszej grze w siatke. Wiem, jestem sierota...

poniedziałek, 16 października 2006
Reaktywacja

No i znow jestem na mojej malej wysepce...w sumie to juz tu siedze od miesiaca...wystarczajaco dlugo, zeby wykorzystac swoj limit wejsc do akademika w nocy za pomoca karty...oczywiscie w miedzyczasie uzywalam radosnie mojego magicznego okna, ale niestety nie jest ono zawsze otwarte... Tak wiec dzis musialam skladac swoj podpis na rozlicznych papierkach, bic sie w piersi i, co najciekawsze, musze wymyslic sobie jakis sensowny powod, dlaczego weszlam do akademika 3 razy z rzedu po 11 (w sumie to nieprawda, bo ja weszlam tylko 2 razy w ciagu tego weekendu, raz weszla Olga, tylko zapomniala swojej karty, ja musialam wiec doczekac do rana).  江阿姨 dala mi czas na wymyslenie czegos ciekawego... Jakies pomysly?

Ale dlaczego wlasciwie zaczynam od takiej mniej przyjemnej strony zycia? Powinnam rozpoczac od wiekopomnego stwierdzenia, iz zostalam wlascicielka laptopa. A tak! Moze to nawet oznaczac, ze bede czasami dostepna na sieci: na msn-ie czy GG :-D Ale w sumie to tylko mozliwosc, pewnosci nigdy nie ma... ;-) Na pytania techniczne w sprawie mojego nowego przyjaciela odpowiadac nie bede...i tak sie w koncu na tym nie znam.

Pokrotce powinnam chyba opisac, co sie u mnie dzieje, ale to dosc skomplikowane. Zajmie troche czasu, a jako ze ostatnia noc spedzilam na dachu z Ruth i Brenda popijajac wino zabrane Soa (wlasciwie to on sam mi je podarowal) i (uwaga: nowosc na wyspie!) ciemne piwo, to troche zmeczona jestem. Korzystajac z mojego wspanialego okna rankiem wymknelysmy sie z akademika, aby udac sie na bardzo zasluzony posilek w naszej ukochanej jadlodajni sniadaniowej. Tym razem bylysmy tam w okolicach 6-tej, wiec nie przyprawilysmy 老板 o kolejny zawal serca (zdarza nam sie czekac przed wejsciem zanim otworza - o 5) i wtedy nasz widok przynosi zawsze wlascicielom duzo radosci. Po pysznym sniadanku udalysmy sie z powrotem do akadmika (tym razem mozna juz bylo normalnie wejsc drzwiami). Prysznic, zajecia i tak do wieczora, kiedy postanowilismy zagrac sobie w siatkowke. Straszne z nas sieroty, ale bylo wesolo, szczegolnie z nowymi przesmiesznymi nabytkami tajwanskimi w grupie.

Cofajac sie do tylu - wczoraj bylam w Taipei odwiedzic Huong i dziewczyny. Mieszkanie maja fajne - duze, 3 pokoje, salonik, lazienki, kuchnia (jaj jaj - z 2 palnikami, full wypas).

Ja mam natomiast nowy plan - chce wykopac dziure (niewielka, bez przesady) na boisku do pilki noznej.

Oprocz tego w sobote po raz pierwszy wspinalam sie na sztucznej sciance. Bylo calkiem ciekawie - troche sie powspinalam, troche sobie podyndalam, zeby znajomy, ktory nas asekurowal sie nie nudzil :-)

wtorek, 23 maja 2006
Xiaotou!

Mialam pisac o kolejnych wybrykach akademikowych - tym razem Anton wlamywal sie do naszego, damskiego akademika, ale nic z tego.

Ukradli moj parasol!!!!!!!

Moze nie jest to tak spektakularne, jak Wojtkowy rower, tymniemniej rownie oburzajace! Wesley mam mi od jutra pomagac dybac na zjodzieja (xiaotou) - zobaczymy co z tego wyjdzie.

Oprocz tego jedna rada - a zreszta, co ja sie bede wysilac...

piątek, 12 maja 2006
Znow uciekam

Witam. Ponownie bedzie o ucieczce. Wiem, nieco monotematyczna jestem, ale jakos tak mi sie zycie ostatnio uklada. Tym razem jednak zmiana scenerii, aczkolwiek bohaterowie pozostaja ci sami. Miejsce akcji: damski akademik nr 3. Znaczy sie: nasz.

We wtorek wieczorem Alinie zachcialo sie nagle piwa. Jako ze takich zachcianek nie nalezy ignorowac, postanowilysmy isc za glosem...zoladka, zdaje sie. Albo kubkow smakowych...To pytanie dla biologow, ja nie jestem w tych tematach zbyt uswiadomiona. No bo moze takie nagle smaki maja cos wspolnego z mozgiem wlasciwie? Ale z ktora jego czescia?...Tymniemniej. Wracam do mojej opowiesci. Jako ze bylo juz po 11 wieczorem, nie moglysmy opuscic akademika droga oficjalna. Udalo nam sie jednak znalezc okno pomiedzy 2 a 3 pietrem, z ktorego mozna zeskoczyc na nawis nad drzwiami i stamtad - na ziemie. Okno jest oficjalnie zapieczetowane, ale to akurat - dzieki slowianskiej pomyslowosci - da sie obejsc. Alina zeskoczyla pierwsza...Juz niemal bylysmy w ogrodku, juz witalysmy sie z gaska, wtem nagle...Wlaczylo sie swiatlo i zobaczylysmy kamere skierowana na nasza droge ucieczki. Co bylo robic? Za pomoca parasola oraz 3 chust, recznika i pary spodni upotlysmy sznur odpowiednio dlugi, aby zaslonic kamere, wymknac sie niepostrzezenie, a nastepnie usunac slad zbrodni ciagnac za sznur z bezpiecznej odleglosci. Tak wiec zrobilysmy.

Pozniej poszlo juz latwo. Musialysmy tylko przeskoczyc przez niestrzezona brame, zeby uniknac pytan straznikow i...upragniona wolnosc! Nastepnie postanowilysmy podokuczac troche Wesley'owi. Niestety, okazalo sie, ze nasz telefon o 3 w nocy wcale go nie obudzil, bo wcale nie spal. Tak wiec namowilysmy go do wspolnej nocnej posiadowki. Miejsce? Oczywiscie nasze ukochane boisko. Tym razem nieco blizej budynku Q - na zewnatrz leza olbrzymie materace do cwiczen - calkiem wygodne, zaznaczam. Rankiem wybralismy sie oficjlanie na sniadanie, potem szybki prysznic i...coz, w moim przypadku 10 godzin zajec, a potem "wywiad" (obowiazkowe robienie za waiguoren-a, Tajwanczycy z innego wydzialu mieli za zadanie przeprowadzic wywiad po angielsku z "obcym"). Taaa...

sobota, 06 maja 2006
Chlopczyk czy dziewczynka...Nie mowimy po chinsku...

Wczorajszy dzien byl niezwykle ciekawy, szczegolnie jesli chodzi o obserwacje dotyczace lokalnej ludnosci. Ze wzgledu na odbywajace sie zawody lekkoatletyczne, na moim ukochanym boisku zebral sie tlum tajwanskich dziwolagow. Bylo tylu MIP (men in pink), ze przestalam ich liczyc. To jednak nie oni okazali sie bohaterami dnia. W poscigu za lepszymi miejscami oraz moimi kochanymi tongxuemen-ami (towarzyszami niedoli z mojej klasy) natknelam sie na "cos". A wlasciwie "Cos". Z pomoca Pietera udalo sie mi zrobic "Czemus" zdjecie:

Od tylu wygladalo tak:

Po burzliwej dyskusji przeprowadzilam glosowanie pt: "Chlopczyk to czy dziewczynka"...Niestety, nikt z moich znajomych, ani tajwanskich, ani obcych, nie byl w stanie odpowiedziec na to pytanie. Zdania sa podzielone mniej wiecej po rowno...Co ciekawe, wiekszosc mezczyzn twierdzi, ze to chlopak, natomiast dziewczyny przychylaja sie do stwierdzenia, ze "Cos" jest przedstawicielka plci pieknej...

Na koniec cos zabawnego - fotka sasiadow z meskiego akademika. Jak widac pozuja z duma i zadowoleniem ;-)

Co do nie-mowienia-po-chinsku, to inna historia, ale nie chce mi sie jej teraz opisywac...

czwartek, 04 maja 2006
Uwieziona
Tymczasowo jestem uwieziona w meskim akademiku. Zdaje sie, ze tak pozostanie do wieczora, bo akademik przeszukiwala straz militarna w poszukiwaniu mnie i Aliny...Na razie nas nie znalezli...Trzymajcie kciuki...
piątek, 28 kwietnia 2006
Lokalne rozrywki

Dzisiejsze trzesienie ziemi bylo dosc ciekawe. Siedzi sobie czlowiek spokojnie w bibliotece ogladajac film, a tu nagle krzeslo (na koleczkach) zaczyna jezdzic po podlodze. Odwracam sie wiec, myslac, ze to ktos ze znajomych daje w ten sposob wyraz swojej obecnosci za moimi plecami - a tu nikogo. Ale inni tez sie zaczeli wiercic, znaczy sie, ze to trzesienie ziemi, a nie nasz dusiol z trzeciego akademika.

Oprocz trzesien ziemi rozrywki ostatnio byly takie sobie. Na poczatku tygodnia pogoda byla  nwet w porzadku, a ja znalazlam balony w szufladzie biurka - pozostalosc po moich urodzinach albo dekoracjach do naszego filmiku, zdaje sie. Tak czy inaczej w mojej glowie zrodzil sie wspanialy pomysl wykorzystania faktu, ze nie tak dawno temu byl Lany Poniedzialek. Razem z Alina i Solange napelnilysmy wiec balony woda i z radoscia zaczelysmy je zrzucac na ludzi z naszego cudownego tarasu na 6-tym pietrze. Oto plus bycia wai guo ren-em: rzuca sie balonik i wcale sie czlowiek nie musi chowac, a wrecz przeciwnie, mozna spokojnie obserwowac reakcje, a nawet pomachac z radoscia do ofiar...

A - i jeszcze jedna dobra wiadomosc! Znalazlysmy sposob na wydostawanie sie noca z akademika. I powrot, mam nadzieje. Trzeba sie troche powspinac po scianie, ale tak zle nie jest. Ha, ha!

 
1 , 2 , 3 , 4